plenfrde

Mistrzostwa Świata Birmingham 2010

Polska szóstą drużyną świata!!!

    

        Ubiegłoroczny występ naszych koszykarzy na wókach w Mistrzostwach Europy, które rozegrane zo­stały w Turcji wprawił w osłupienie wielu miłoś­ników tej dyscypliny, jak również licznych działaczy światowej i europejskiej federacji. Pol­ska obok gospodarzy tamtych mistrzostw była największym zaskoczeniem i niespodzianką.

Efektem czwartego miejsca osiągniętego w tureckiej Adanie był też m.in. awans do turnieju Mistrzostw Świata, który rozegrany został w lipcu br. w Birmin­gham w Anglii.

W historii naszych startów na europejskich i światowych are­nach był to sukces bez precedensu, gdyż do tej pory nigdy nie udało nam się zakwalifikować do Mistrzostw Świata. Był to za­tem debiut reprezentacji Polski w konfrontacji o prymat na na­szym globie.

 

 

Bezpośrednie przygotowania do tego najważniejszego dla nas w tym roku startu rozpoczęły się dosyć późno i nie obyło się bez różnego rodzaju zawirowań wokół kadry.

Reprezentacja początkowo miała się spotkać pod koniec kwietnia na konsultacje, jednakże z powodu zmian w kalendarzu w ligach zagranicznych, a także kilku kontuzji, które przytrafiły się naszym czołowym zawodnikom zdecydowano się przełożyć pierwsze wspólne spotkanie kadry na maj. Konsultacje te po­łączone były z wyjazdem na mocno obsadzony turniej do Mul-house (Francja).

Była to pierwsza faza przygotowań do Mistrzostw Świata, niestety nie przebiegała ona tak jak wszyscy byśmy tego chcieli. Liczne absencje w kadrze, w tym naszych czołowych kadrowiczów, którzy po ciężkim sezonie ligowym borykali się z różnymi dolegliwościami sprawiły, że zarówno podczas pierwszych konsultacji, jak również na turnieju we Francji kadra pojawiła się w mocno osłabionym, eksperymentalnym składzie.

Cała ta sytuacja nie wpłynęła na pewno pozytywnie na kom­fort psychiczny przygotowań do MŚ. Z oczywistych względów turniej we Francji nie dał nam w zasadzie wiele informacji o etapie naszych przygotowań. Spotkaliśmy się tam z silnymi re­prezentacjami: Francji, Niemiec, Szwecji i pod nieobecność na­szych czołowych zawodników wszystkie mecze zakończyły się porażką. Zapewne nie tak wyobrażaliśmy sobie ten pierwszy sprawdzian przed wyjazdem do Birmingham.

Na szczęście począwszy od końca maja sytuacja uległa po­prawie i w zasadzie tylko Mateusz Filipski jeszcze nie w pełni

mógł uczestniczyć w przygotowaniach, gdyż był oszczędzany ze względu na kłopoty z nadgarstkiem.

Nasz sztab organizacyjny działał jednak bardzo prężnie, po­nieważ sprawą priorytetową stała się możliwość rozegrania to­warzyskiego turnieju z drużynami spoza kontynentu europej­skiego. Do tej pory nie mieliśmy jeszcze okazji rywalizować z ekipami spoza Europy, które jak wszyscy wiedzą mają troszkę odmienny styl gry.

Na szczęście udało się załatwić udział naszej ekipy w niezwykle prestiżowym turnieju: Norm American Cup, który rokrocznie rozgrywany jest w Stanach Zjednoczonych. W turnieju tym startowały zaledwie 4 drużyny, ale za to jakie!

Mieliśmy możliwość konfrontacji z drużyną USA - aktual­nymi wicemistrzami świata, Kanadą - aktualnymi mistrzami świata i jedną z najbardziej utytułowanych ekip ostatniej dekady oraz z Wielką Brytanią- brązowym medalistą Igrzysk w Pekinie. Towarzystwo naprawdę doborowe.

O ile z Anglikami w ciągu kilku ostatnich lat potykaliśmy się dosyć często o tyle możliwość gry z ekipami z kontynentu ame­rykańskiego była dla naszej reprezentacji ogromną nobilitacją. Turniej „Norm American Cup" rozegrany został w miejscowości nomen omen Birmingham i podczas jego trwania mogliśmy aż pięciokrotnie stanąć naprzeciw najlepszych na świecie ekip. Była to niewątpliwie ogromna lekcja i doświadczenie dla polskich koszykarzy. Zawsze możliwość konfrontacji z najlepszymi na świecie wpływa pozytywnie na zawodników. Nie udało nam się wygrać żadnego ze spotkań, ale w zasadzie tylko jeden mecz z USA skończył się naszą zdecydowaną porażką. W pozostałych meczach nasi koszykarze dzielnie stawiali czoła swoim utytuło­wanym kolegom i sprawa zwycięstwa często decydowała się w ostatniej kwarcie spotkania. Styl gry i opór jaki stawiliśmy tym drużynom rozbudził nasze nadzieje, na udany start w Mistrzostwach Świata.

Pod koniec czerwca weszliśmy w ostatnią fazę przygotowań czyli dwa krótkie zgrupowania w Wiśle i już mogliśmy pakować walizki na wyjazd do Anglii.

Jakie były zatem oczekiwania, jakie założenia przedstartowe? W związku z różnymi zawirowaniami, które miały miejsce w okresie przygotowawczym, faktem, że nie każdy z zawodników w optymalny sposób przepracował ten czas, a także biorąc pod uwagę, że nie znamy większości z ekip, z którymi przyjdzie rywa­lizować, ciężko było jednoznacznie wskazać miejsce o jakie będziemy walczyć. Z przyczyn oczywistych nie zakładaliśmy walki o medale, nie chcieliśmy też być „czerwoną latarnią" tych Mi­strzostw. Zatem awans do ćwierćfinału i walka o ewentualne miejsce dla Europy podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie, wy­dawały się tutaj planem optymalnym.

Dodam jeszcze, że angielskie Mistrzostwa nie były jeszcze paraolimpijską kwalifikacją, jednakże wyniki uzyskane w Birmingham miały wpływ na przydział miejsc na Igrzyska dla poszczególnych kontynentów. Każdy kontynent, którego przed­stawiciel był w pierwszej siódemce tych Mistrzostw - uzyskiwał dodatkowe miejsce na Igrzyskach, dlatego też walka o pierwszą siódemkę była tak istotna. I taką właśnie pozycję wymarzyliśmy sobie jadąc na te zawody. Wspaniale by było zapracować na pa­raolimpijską przepustkę dla Europy, by później podczas bezpo­średniej kwalifikacji - czyli Mistrzostw Europy w 2011 roku w Izraelu, było znacznie łatwiej ten awans uzyskać.

W Mistrzostwach startowało 12 najlepszych krajów świata, wyłonionych na podstawie kontynentalnych kwalifikacji w roku 2009. Dwunastka ta podzielona była na dwie grupy:

Grupa A Grupa B
  1. USA
  2. Wielka Brytania
  3. Włochy
  4. Japonia
  5. Korea
  6. Polska
  1. Australia
  2. Kanada
  3. Turcja
  4. Francja
  5. Meksyk
  6. Algieria

 

Taki podział wynikł z losowania. Na pierwszy rzut oka nasza grupa wydawała być się silniejszą. Było w niej dwóch głównych kandydatów do złota: Amerykanie oraz bardzo groźni u siebie -gospodarze - Anglicy, a także Mistrzowie Europy - Włosi oraz zawsze groźni i nieprzewidywalni Azjaci.

W pierwszym meczu przyszło nam się zmierzyć z repre­zentacją Włoch. Miał to być rewanż za półfinał ubiegłorocznych Mistrzostw Europy, gdy stawka tamtego meczu sparaliżowała na­szych zawodników i nie zdołali oni wtedy pokonać wcale nie naj­lepiej dysponowanych Włochów. Mecz ten był o tyle trudny dla naszych koszykarzy, że był absolutnym debiutem w imprezie tej rangi. Poza tym pierwszy mecz na długim turnieju zawsze w naszym wykonaniu pozostawiał wiele do życzenia. Tym razem miało być inaczej... I było!

Okazało się bowiem, że nasi zawodnicy bez kompleksów podeszli do walki z Mistrzem Europy. Płynne akcje i pewna gra sprawiły, że mecz od samego początku był bardzo wyrównany. To Włosi pierwsi zdobyli punkty, jednakże od stanu 0:4 to Polacy zdobyli kolejnych 11 oczek i wyszli na wyraźne prowadzenie 7 punktami. Ostatecznie nasza ekipa wygrała tą część gry 19:18.

W drugiej kwarcie już nie poszło nam tak dobrze i to Włosi wyszli na minimalne prowadzenie i utrzymywali taki stan rzeczy aż do końca pierwszej połowy, która zakończyła się rezultatem 32:36.

W trzeciej kwarcie żaden z zespołów nie mógł „odskoczyć" i wyjść na wyraźne prowadzenie, gra toczyła się punkt za punkt i w rezultacie ta część gry zakończyła się remisem. Mieliśmy zatem do odrobienia 4 punkty wychodząc na czwartą kwartę.

W tej części meczu gra specjalnie nie uległa zmianie, na każdy nasz zdobyty punkt Włosi odpowiadali tym samym. Na 6 minut przed końcem wyszli nawet na 6 punktowe prowadzenie. Na szczęście w koszykówce nie jest to aż tak znacząca różnica i nasi zawodnicy nie załamywali rąk, a skupili się na odrabianiu strat. I taka postawa przyniosła pożądany efekt. Na 3 minuty przed końcem, po celnych rzutach wolnych Mateusza Filipskiego wyszliśmy na jednopunktowe prowadzenie. Na dwie minuty przed zakończeniem mieliśmy już nawet 3 punkty przewagi, jednakże Włosi bardzo szybko odrobili straty i znów był remis.

Ostatnie półtorej minuty to prawdziwy horror. Najpierw celna „trójka" Piotrka Łuszyńskiego, później akcja 2+1 w wykonaniu Włochów i na tablicy znów był remis. Następnie „pudło" z naszej strony i w odpowiedzi dwa punkty Włochów i to oni teraz byli bli­żej zwycięstwa. Do końca meczu pozostawało zaledwie 40 se­kund. Na szczęście w kluczowym momencie nie pomylił się Marcin Balcerowski doprowadzając do remisu.

Jednak decydująca akcja miała być w rękach Włochów. Te ostatnie 30 sekund chyba nam wszystkim będą śnić się po nocach. Najpierw niespodziewanie sędziowie odgwizdują faul w ataku Włocha, co oznacza, że do nas należeć będzie ostatnia akcja. Gramy niemalże do końca czasu, gdy podczas rzutu faulowany zostaje Piotrek Łuszyński i mamy dwa rzuty wolne. Na tablicy re­mis, a zostały ostatnie sekundy meczu.

Piotrek trafia pierwszy rzut wyprowadzając nas na prowadze­nie, następuje krótka narada - co robić? Drugi rzut, który w założeniu miał być niecelny, tak aby Włosi po ewentualnej zbiór­ce nie mieli już czasu na oddanie rzutu z dalekiej pozycji, jednak znajduje drogę do kosza. Dwa punkty przewagi, 3 sekundy do koń­ca, wydaje się, że mimo wszystko tego meczu nie da się przegrać.

Trener Włochów bierze czas, po którym Włosi rozpoczynają grę ze środka boiska. To były 3 najdłuższe sekundy. Podanie na piąty metr i rzut rozpaczy równo z końcową syreną Mateo Ca-yagniniego, który chyba nawet nie widzi kosza. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu i wielkiej rozpaczy piłka jakimś cudem po odbiciu od tablicy wpada do kosza! A więc dogrywka...

A mecz już był przecież wygrany. Psychicznie cała ta sytuacja była ciężka do ogarnięcia przez naszych zawodników. Po takim ciosie nie byliśmy już w stanie się podnieść. Dogrywka należała już do Włochów, którzy przez dodatkowe 5 minut w pełni kon­trolowali przebieg gry i ostatecznie zwyciężyli 74:69.

Cóż to był za mecz, cóż za emocje i jaki dramat polskiej dru­żyny. Ciężko było nam pogodzić się z tą porażką, ale taki właśnie jest sport... W ułamku sekundy można spaść z nieba do piekła. Pocieszające było to, że obie ekipy żegnane były owacją na sto­jąco. To była godna inauguracja Mistrzostw!

W naszej ekipie zdecydowanie prym wiódł Piotr Łuszyński który zdobył 33 punkty i zaliczył 13 zbiórek. Wtórował mu       Mateusz Filipski, autor 18 punktów, chociaż przy zdecydowanie słabszej skuteczności rzutowej. Zaliczył jednak bardzo wszech­stronny występ gdyż uzyskał dodatkowo 9 zbiórek i 9 asyst.

Następnego dnia spotkaliśmy się z faworytami Mistrzostw Świata, prezentującymi doskonałą formę podczas turniej ów przy­gotowawczych - Amerykanami.

O tym meczu nie ma specjalnie co pisać. Trener Piotr Łuszyń­ski postanowił, że w meczu tym nie będziemy eksploatować na­szych najlepszych zawodników. Turniej Mistrzostw Świata jest długi i męczący, każda możliwość odpoczynku, nawet w początkowej fazie turnieju może mieć ogromne znaczenie w kluczowych pojedynkach. Szansę na pokonanie Amerykanów były tylko iluzoryczne, dlatego też w meczu tym mogli zagrać wszyscy nasi zawodnicy. Jedynie w pierwszej kwarcie mecz był wyrównany. W pozostałej fazie spotkania byliśmy zdominowani przez Amerykanów. Wygrali 83:34.

Po dwóch porażkach trzeci mecz był kluczowy dla naszej re­prezentacji. Po wcześniejszych obserwacjach wiedzieliśmy, że Ja­pończycy są w naszym zasięgu. Oczywiście docenialiśmy rywala jednakże w tym meczu liczyło się tylko zwycięstwo.

Początek meczu był bardzo obiecujący. Wyszliśmy na pro­wadzenie i kontrowaliśmy przebieg gry, nie dając Azjatom moż­liwości rozwinięcia skrzydeł. Pierwsza kwarta zakończyła się wy­nikiem 24:17, co troszkę uspokoiło naszych koszykarzy. W drugiej części w dalszym ciągu kontynuowaliśmy dobrą grę, nie pozwalając Japończykom na zbliżenie się do nas. Pierwsza po­łowa zakończyła się prowadzeniem Polaków 42:36 co zapowia­dało bardzo ciekawą drugą połowę spotkania.

Niestety po przerwie wkradło się w nasze szeregi niepo­trzebne zdenerwowanie i to spowodowało, że Japonia sukce­sywnie zaczęła odrabiać straty i pod koniec trzeciej kwarty wy­szła na jednopunktowe prowadzenie. Ostatecznie na ostatnią część gry wychodziliśmy z trzypunktowym prowadzeniem i ogromną wolą odniesienia pierwszego zwycięstwa.

Na szczęście już od pierwszej minuty ostatniej części gry by­liśmy mocno skoncentrowani i nie powtórzyła się sytuacja z trzeciej kwarty. Akcja po akcji, minuta po minucie powiększa­liśmy swoją przewagę. Japończycy byli bezradni. Dobrą partię rozgrywał Mateusz Filipski, dzielnie wspierali go Piotr Łuszyński oraz Marcin Balcerowski. Na dwie minuty przed końcem jasne stało się, że tego meczu już nie przegramy. Ostatecznie Polacy zwyciężyli 82:61. To było przekonywujące zwycięstwo. Dało ono naszej drużynie wiary. Była ona potrzebna, gdyż następnego dnia spotykaliśmy się z gospodarzami Mistrzostw - Brytyjczy­kami. W ciągu ostatniego roku rywalizowaliśmy z nimi wielo­krotnie i zawsze schodziliśmy z parkietu pokonani.

Pierwsza kwarta zakończyła się wynikiem 9:20 i wydawało się, że będzie to prosty i gładki mecz dla gospodarzy. Na szczęście dla nas i dla widowiska druga kwarta była popisem naszych koszykarzy, którzy znakomicie wykorzystali fakt, że w tej części gry na ławce rezerwo­wych odpoczywał podpora defensywy angielskiej drużyny - Simon Munn. Wygraliśmy tą część aż dziesięcioma punktami i powróciliśmy do gry, gdyż na tablicy widniał do przerwy wynik 32:33.

W trzeciej kwarcie trwała zażarta walka. Staraliśmy się aby gospodarze nie uciekli nam zbyt daleko. Cały czas wynik oscy­lował w okolicach remisu. Na ostatnią część gry wychodziliśmy z zaledwie pięciopunktową stratą, co zapowiadało ogromne emo­cje w końcówce. Niestety, emocje których spodziewaliśmy się do­świadczyć w ostatnich minutach gry nie nadeszły. Brytyjczycy bardzo mocno wzięli się roboty i przycisnęli naszych zawodni­ków, którzy nie byli już w stanie kontynuować świetnej gry z drugiej i trzeciej kwarty. Ostatecznie przegraliśmy ostatnią część gry 11:22, a całe spotkanie 59:75.

W obliczu trzeciej porażki jasnym stało się, że ostatni mecz grupowy będzie dla nas meczem o wszystko, meczem o pozostanie w turnieju czyli meczem o awans do upragnionego ćwierćfinału. Na naszej drodze stawała drużyna Korei, która do tego momentu nie zanotowała żadnego zwycięstwa.

Od samego początku tego chyba najważniejszego dla nas spotkania gra specjalnie nam się nie układała. Świadomość tego, że porażka wyrzuca nas z turnieju powodowała większą niż za­zwyczaj nerwowość w naszych poczynaniach.

Na szczęście Koreańczycy dostosowali się do naszej gry i dlatego też żadna z drużyn nie mogła uzyskać znaczącego pro­wadzenia, aczkolwiek to ciągle Polacy byli minimalnie z przodu co dawało nam mały komfort gry. W tym meczu podobnie jak w naszej zwycięskiej potyczce z Japonią, czwarta kwarta okazała się tą najlepszą. Ostatecznie bez większych nerwów i emocji w końcówce spotkania - wygraliśmy pewnie 72:53. Tym sa­mym odnieśliśmy drugie zwycięstwo co dało nam upragniony i wymarzony awans do najlepszej ósemki świata! Cel został osią­gnięty. Jesteśmy w ćwierćfinale Mistrzostw Świata! Zajęliśmy co prawda czwarte miejsce w grupie i w 1/4 finału przyszło nam się zmierzyć ze zwycięzcą drugiej grupy, dla nas nie miało to wię­kszego znaczenia, obojętnie na kogo byśmy w ćwierćfinale nie trafili to i tak cieszyliśmy się z awansu.

Kilka godzin później okazało się, że w walce o półfinał przy­szło nam się zmierzyć z samymi mistrzami paraolimpijskimi z Pekinu czyli Australijczykami. To zaszczyt i nobilitacja dla na­szych koszykarzy. Nie muszę chyba dodawać, że miała to być pierwsza potyczka obu ekip.

Początek tej potyczki wprawił w osłupienie wszystkich ob­serwatorów. Oto całkowicie niespodziewanie to Polacy narzucili swój styl gry. Australijczycy chyba troszkę zlekceważyli nasz ze­spół i to zdecydowanie zemściło się na nich w początkowej fa­zie gry. Wyszliśmy na prowadzenie, które w pewnym momencie osiągnęło już nawet 7 punktów! Takiego obrotu sprawy nikt się nie spodziewał. Pierwsza kwarta zakończyła się remisem 14:14.

W drugiej części meczu obraz gry specjalnie się nie zmienił. Bar­dzo wyrównana walka, kosz za kosz. Australijczycy za wszelką cenę starali się zwiększyć swój ą przewagę, „odjechać" i spokojnie później kontrolować mecz, ale ta sztuka im się nie udawała. Do przerwy wynik brzmiał 22:25

Po przerwie nastąpiła dziwna metamorfoza w naszej ekipie. Z zawodników jakby uszło powietrze. Po kilku nieudanych ak­cjach przestali wierzyć, że jesteśmy w stanie do samego końca walczyć, jak równy z równym. Jak się później okazało nasi za­wodnicy zapłacili wysoką cenę za agresywną i szybką grę w pierwszej połowie.

Ostatecznie w drugiej połowie tego meczu doznaliśmy dru-zgoczącej porażki 12:43, jak i w całym meczu 34:68. Pokazali­śmy jednak, że możemy walczyć ze wszystkimi, nawet z taką po­tęgą jak Australia. Marzenia o medalu musieliśmy zatem odłożyć na rok 2014, ale czy tak naprawdę ktokolwiek z nas marzył o medalu?

Porażka w meczu ćwierćfinałowym nie oznaczała, że turniej dla nas już się skończył. Teraz najważniejszym było zdobycie dla Europy dodatkowego miejsca na Igrzyskach Paraolimpijskich w Londynie, a żeby to osiągnąć trzeba było zająć co najmniej 7. miejsce, czyli z dwóch meczów które nam pozostały - wygrać jeden.

W pozostałych ćwierćfinałach nie obyło się bez niespodzia­nek, żeby nie powiedzieć sensacji. Otóż gospodarze imprezy -Wielka Brytania, która po zwycięstwie nad USA zajęła 1. miej­sce w grupie i spotykała się z drużyną z czwartego miejsca z drugiej grupy, uległa Francuzom, którzy kuchennymi drzwiami dostali się do tego ćwierćfinału, przegrywając po drodze m.in. z Meksykiem. Tego nie spodziewał się nikt.

W innym ćwierćfinale, obrońca mistrzowskiego tytułu - Ka­nada, nie sprostała mistrzom Europy - Włochom, z którymi my byliśmy o krok od zwycięstwa. To także spora sensacja. Jedynie Amerykanie stanęli na wysokości zadania i gładko pokonali Tur­ków, kompletując tym samym skład półfinalistów.

Naszej drużynie w potyczce o 5. miejsce, przyszło się zmie­rzyć z bardzo dobrze nam znanymi Turkami

Był to już nasz siódmy mecz i wychodziło zmęczenie. Zresztą po stronie rywali było ono też wyczuwalne. Mecz zatem nie był wspaniałym widowiskiem. Wydaje mi się, że wśród naszych ko­szykarzy było po prostu więcej woli zwycięstwa, to my bardziej chcieliśmy wygrać, i to nam zależało na tym, aby być w najlepszej szóstce świata. Wygraliśmy ten mecz dosyć pewnie 62:49 i tym samym zapewniliśmy sobie miejsce w pierwszej szóstce, nato­miast Europie dodatkowe miejsce w roku 2012 w Londynie! Misja zatem wykonana. Tego chyba nikt się nie spodziewał.

Swój ostatni mecz na tych Mistrzostwach rozegraliśmy po­nownie z gospodarzami czyli Wielką Brytanią. Stawką tego me­czu było 5. miejsce na świecie. Czekało nas zatem kolejne spo­tkanie z Wyspiarzami, kolejny ciężki, fizyczny bój. Mieliśmy rachunki do wyrównania, natomiast Anglicy chcieli z twarzą po­żegnać się z tymi Mistrzostwami, na których nie zdołali zdobyć medalu i na których po prostu zawiedli. Wygrali 82:68 ratując swój honor.

Mistrzostwa zakończyły się. Dla nas zakończyły się bardzo szczęśliwie. Zajęliśmy ostatecznie wysokie 6. miejsce, na które nikt ze znawców tej dyscypliny sportu nie stawiał. Myślę, że za­skoczyliśmy wielu obserwatorów, Polska pokazała się z bardzo dobrej strony i godnie reprezentowała Europę. W pokonanym polu pozostawiliśmy takie ekipy jak Kanadę - obrońcę tytułu czy Japonię - mistrza Azji.

Ten niewątpliwie spektakularny wynik w naszym wykonaniu mógł być jeszcze lepszy. Jeśli powiem, że nie zagraliśmy wcale naszej najlepszej koszykówki to aż trudno w to uwierzyć co by było jakbyśmy zagrali. Na turnieju tym wyraźnie było widać skutki kontuzji naszego czołowego strzelca - Mateusza Filipskiego. Miał przebłyski w swoim najlepszym stylu, ale general­nie znając Mateusza w optymalnej formie - stać go zdecydowa­nie na więcej.

Turniej trwał dwa tygodnie, Polacy rozegrali 8 meczów, w większości w jednym składzie. To musiało się odbić na formie fizycznej i psychicznej zawodników. Krótka ławka rezerwowych niestety od lat jest naszą bolączką i brak częstych rotacji w składzie bezlitośnie wykorzystuj ą nasi przeciwnicy

Mistrzostwa przyniosły wiele zaskakujących rozstrzygnięć. Zmienił się nieco układ sił na świecie. Australia, Kanada, USA i Wielka Brytania - to nie jest już żelazna czwórka i pewniacy do medali. Bardzo dobrze wypadły ekipy z Europy, co szczególnie nas musi cieszyć w perspektywie Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie. Totalnym zaskoczeniem byli Francuzi, którzy o przysłowiowy włos zna­leźliby się poza turniejem już po fazie gru­powej. Całkowicie niespodziewanie zostali wicemistrzami świata, udowadniając, że w turnieju nie trzeba wygrywać wszyst­kich meczów żeby dojść na sam szczyt. Klasą samą w sobie byli Australijczycy, którzy jako jedyna drużyna w turnieju nie doznała porażki i pewnie zdobyła tytuł Mi­strzów Świata, potwierdzając tym samym swój obecny prymat na świecie. Tym wię­ksza satysfakcja dla naszych koszykarzy. Największymi przegranymi tych Mistrzostw byli gospodarze -Brytyjczycy. Spośród ośmiu meczów przegrali zaledwie jeden, a zdobyli tylko 5. miejsce. To wielka porażka tej ekipy. W przyszłym roku Mistrzostwa Europy w Izraelu będą jednocześnie kwalifikacją do Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie. Dzięki znakomitej postawie ekip europejskich, wszystkie 5 awan­sowało do ćwierćfinału Mistrzostw Świata, 6 najlepszych z Mistrzostw Europy pojedzie na Paraolimpiadę. Jest to ogromna szansa dla naszej drużyny, by pierwszy raz w historii uzyskać awans na tą najważniejszą dla każdego sportowca imprezę. Gorąco wierzę że już we wrześniu 2011 roku będzie to naszym udziałem i wszyscy będziemy świętować awans do Igrzysk.

Robert Kamiński

WYNIKI POLSKIEJ REPREZENTACJI:

08.07.2010 r.

Polska - Włochy 69:74 po dogr. (19:18; 13:18; 13:13; 22:18; ot 2:7)

Łuszyński 33(3), Filipski 18, Balcerowski 8, Cyrul 4, Wróbel, Bandura 4, Macek 2, Pawełko

09.07.2010 r.

Polska - USA      34:83 (9:21; 9:25; 5:22; 11:15)

Bandura 14, Łuszyński 9, Wróbel 2, Balcerowski 2, Cyrul 4, Tyburowski 4, Pawełko 2, Wiśnik l, Gorzkowicz, Filipski, Macek, Pietrzyk

10.07.2010 r.

Polska-Japonia 82:61 (24:17; 18:19; 12:15; 28:10)

Filipski 32(2), Łuszyński 24, Balcerowski 16, Cyruł 6, Wróbel 4,  Macek

11.07.2010 r.

Polska - Wielka Brytania 59:75 (9:20; 23:13; 16:20; 11:22)

Łuszyński 23(3), Filipski 11(3), Cyrul 8, Wróbel 5, Balcerowski 2 - Bandura 4, Pawełko 4, Gorzkowicz 2, Macek, Pietrzyk,

12.07.2010 r.

Polska-Korea 72:53 (19:17; 16:14; 18:16; 19:6)

Filipski 31, Łuszyński 15, Balcerowski 13, Cyrul 4, Wróbel 4 -Bandura 2, Pawełko 2, Pietrzyk l, Macek

14.07.2010 r. 1/4 finału

Polska -Australia 34:68 (14:14; 8:11; 8:21; 4:22)

Łuszyński 15, Filipski 9, Cyrul 2, Balcerowski, Wróbel - Bandura 6, Pietrzyk 2, Macek, Pietrzyk, Pawełko, Tyburowski, Wiśnik

15.07.2010 r. miejsca 5-8

Polska-Turcja 62:49 (12:14; 14:9; 17:13; 19:13)

Łuszyński 23, Filipski 17, Cyrul 12, Balcerowski 6, Wróbel 4 -Macek

16.07.2010 r. mecz o 5. miejsce

Polska - Wielka Brytania 68:82 (24:21; 12:16; 10:23; 22:22) Łuszyński 21(1), Filipski 18(2), Wróbel 11, Balcerowski 6, Cyrul 4 - Pawełko 4, Macek 2, Bandura 2

 

KOŃCOWA KOLEJNOŚĆ MISTRZOSTW ŚWIATA:

1. Australia 7.   Kanada
2. Francja 8.   Turcja
3. USA 9.   Meksyk
4. Włochy 10. Japonia
5. W.Brytania 11. Korea
6. Polska 12. Algieria

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skład Reprezentacji Polski na Mistrzostwach Świata w koszykówce na wózkach:

Zawodnicy: Piotr Łuszyński, Mateusz Filipski, Marcin Balcerowski, Marcin Wróbel, Jan Cyrul, Krzysztof Bandura, Rafał Tyburowski, Krzysztof Pietrzyk, Andrzej Macek, Sławomir Gorzkowicz, Robert Wiśnik, Piotr Pawełko.

Kadra:

Piotr Łuszyński - trener

Wit Jędrzej ewski - asystent trenera

Maciej Biały - fizjoterapeuta

Mirosław Filipski - mechanik

Robert Kamiński - kierownik reprezentacji

Firma wspierająca naszą działalność ,,Dziękujemy"

Przekaż nam 1% podadku

Partnerzy

 

 

pzkosz

 http://koszykowkanawozkach.pl/wstronemarzen 

Infolinkownik
informator niepełnosprawnych

 
 Portal Rampa.net

Kontakt

 Adres:  ul. Leszka Czarnego 3
              35-615 Rzeszów

Tel:       +48 508 246 922

E-mail: start_rzeszow@op.pl